Najpierw jej nie było. Potem każdy pragnął, aby była. Wreszcie pojawiła się z hukiem. I to w znaczeniu dosłownym. A już na pewno w nowatorski sposób, tzn. dzięki architektonicznej wizji rozwoju miasta. Na początku XIX wieku znajdowała się tu bowiem kamienica (nr 69) wieńcząca zachodnią pierzeję Rynku. Należała podobno do jednych z piękniejszych. Powstała w średniowieczu; badania archeologiczne sugerowały, że nawet w XIV wieku stały tu drewniane budynki; zachowała do XIX wieku oryginalny kształt wąskich okien i drzwi, na drewnianych belkach wspierał się dach z dużym okapem, fasadę zdobiły galeryjki, balkoniki, a ściany wspierał narożnikowe skarpy. Niestety, choć piękna i wielowiekowa, znalazła się w niewłaściwym miejscu, patrząc z perspektywy rozbudowy miasta. O jej istnieniu przypomina dzisiaj już tylko zarys fundamentów w postaci czerwonego bruku na ulicy. 

W XIX wieku kilkakrotnie zwracano uwagę na potrzebę połączenia Starego Rynku z nowo powstającymi dzielnicami. Wskazywał na taką potrzebę niezwykły poznaniak, społecznik, zaangażowany w wiele organicznikowskich inicjatyw Edward hrabia Raczyński. Wspominał o niej Marceli Motty, pisząc w Przechadzkach po mieście: kto z Rynku chciał np. iść do teatru, musiał obchodzić Wrocławską i Podgórną ulicą lub z drugiej strony, Zamkową. Te utrudnienia oraz perspektywiczny plan rozwoju miasta przyspieszyły trudny, ale z dzisiejszej punktu widzenia słuszny, wybór. Konieczność okazała się na tyle powszechna, że władze miasta podjęły decyzję o wyburzeniu kamienicy i poprowadzeniu nowego traktu między rynkiem a Placem Wolności. Wytyczono jej przebieg w 1838 roku i nazwano ulicą Nową zgodnie się z odczuciami poznaniaków, co zauważył Motty, zwracając się do młodszego od siebie rozmówcy: Dla ciebie jest ona starą; znasz ją od urodzenia, ale dla mnie jest rzeczywiście nową; nie było jej bowiem jeszcze, gdy szkoły kończyłem. Podobno pierwsze zapowiedzi jej istnienia pojawiły się w XVII wieku, gdy na jednej z ówczesnych rycin zaznaczono jej zarys. Co się potem z nią stało – nie wiadomo. Dzisiejszą nazwę, czyli Jana Paderewskiego, uzyskała w 1945 roku.

Ulica Nowa swoje powstanie zawdzięczała uzyskaniu przez miasto możliwości swobodnej rozbudowy i zmian przestrzennych wewnątrz murów fortecznych. Była pierwszą od 1815 roku wytyczoną ulicą. Z jej powstaniem wiązała się nie tylko konieczność wyburzenia kamienicy od strony Starego Rynku, ale także od strony ówczesnego placu Wilhelmowskiego, czyli dzisiejszego Placu Wolności, a zatem budynku przylegającego do Bazaru. Dodatkowo przeprowadzono prace niwelacyjne, obniżając teren nawet o trzy metry, co wyraźnie widać, gdy stanąć u jej wylotu. Budowa ulicy pociągnęła za sobą także wyburzenie murów miejskich i likwidację ogrodów klasztornych należących do budynków zakonnych i kościoła teresek, które zawitały do Poznania w XVII wieku. Część murów klasztornych zachowała się w ścianach wybudowanego szpitala.

Autorem nowego planu urbanistycznego Poznania, który pośrednio doprowadził do powstania ulicy Nowej, był niemiecki architekt doby klasycyzmu David Gilly. Zgodnie z jego wizją miał powstać wielki plac i szeroka aleja, czyli dzisiejszy Plac Wolności i Aleja Marcinkowskiego. W tym celu rozpoczęto burzenie murów miejskich już pod koniec XVIII wieku, a w 1794 roku wytyczono plac i ulicę Wilhelmowską (Plac Wolności i Aleja Marcinkowskiego). Do tego nowego Poznania trudno było jednak dotrzeć ze Starego Rynku, na co zwracał uwagę wspominany już Marceli Motty, i dlatego w 1838 roku Prusacy zdecydowali o przebiciu ulicy Nowej, która szybko ze zwykłej uliczki łączącej starą dzielnicę Poznania z nową zmieniła się w główną arterią komunikacyjną miasta, czego potwierdzeniem jest fakt poprowadzenia tędy tramwaju konnego już w 1880 roku, a potem  towarowego. Tramwaj po raz pierwszy ujrzano na ulicy 30 lipca, a łączył Dworzec Główny przez Św. Marcin, Ratajczaka, Plac Wolności, Paderewskiego ze Starym Rynkiem. Od początku obawiano się możliwości wypadku, gdyż ul. Nowa była dość stroma. Obawy niestety się sprawdziły, ale w dobie tramwaju elektrycznego, gdy w 1912 roku prowadzący stracił kontrolę nad pojazdem już na wysokości ul. Ratajczaka. Rozpędzony tramwaj wypadł ostatecznie z szyn przy Starym Rynku i poszybował przed siebie, mijając figurę św. Jana Nepomucena i lądując w oknie wystawowym sklepu. Cztery dekady później, 17 marca 1955 roku, wycofywano tramwaje z ruchu po Starym Rynku, zlikwidowano też tory na ulicy Paderewskiego. Uliczka wróciła do swojej pierwotnej roli: łącznika między Starym Rynkiem a Placem Wolności.

Marceli Motty wspominał też, że ulica Nowa łączyła się na wysokości Starego Rynku z ulicą Psią (dziś Szkolną). Na narożniku znajduje się kamienica niegdyś piękna, dziś strasząca wyglądem i świadcząca o niewydolności miejskich urzędników, którzy od wielu lat nie potrafią doprowadzić do unormowania jej statusu i przywrócenia wyglądu, który nie będzie odstręczał wszystkich odwiedzających to miejsce. 

W okresie międzywojennym przeprowadzono remont nawierzchni ulicy, który trwał aż 38 godzin (!), za co władze przepraszały mieszkańców (ciekawa informacja, jeśli porównać to z dzisiejszymi praca remontowymi…). O owym remoncie wspomina Władysław Czarnecki, podkreślając, że wymagały go i stare kostki brukowe, i szyny tramwajowe. Przebudowa ulicy została „zaprojektowana… po sapersku” przez inż. Tadeusza Ruge, byłego majora saperów. Wszystko zostało zaplanowane drobiazgowo, prace podzielono między zespoły (jeden odpowiadał na przykład za ruch wozów konnych, drugi – rozdział materiałów, trzeci – kolejność robót itp.). Nad wszystkim czuwał inż. Ruge.  O godzinie 18.00 zamknięto ulicę, co wcześniej zapowiedziano w gazetach. Pracowano na trzy zmiany, także w nocy! O godzinie 5.00 prace zakończono. Na tyle przed czasem, aby wszystko uporządkować. Wymyto nawet chodniki i jezdnię. O 8.00 prezydent Cyryl Ratajski w obecności dziennikarzy i przedstawicieli przebudowy położył ostatnią granitową kostkę w bruk. Efekty przetrwały wojnę i służyły jeszcze długo później. Niesamowite. Chociaż Władysław Czarnecki komentował to tak: Robota była solidnie wykonana… Wówczas nie uważaliśmy tego za coś nadzwyczajnego.

Wracając zaś do budynku pod nr. 70, który skrywa się za siatką ochronną, dyktami, odklejającymi się plakatami i resztkami starych plakatów.

Kamienica na narożniku Paderewskiego i Szkolnej powstała w drugiej połowie XIX. Początkowo fasada była w stylu eklektycznym, z licznymi zdobieniami. Na rogu, na wysokości drugiego piętra znajdował się wykusz zwieńczony na dachu okazałą kopułą. W 1936 roku właściciel postanowił kamienicę unowocześnić i usunął wszelkie ozdobniki. Na strychu stworzono dodatkowe piętro i wykonano szereg okien mansardowych. Na dole dodano  podcienia. Kamienica stała się przykładem modernizmu. Przed wojną kupiec Stefan Schaefer otworzył tu największy w mieście dom mody: sklep „The Gentleman”, znany i ceniony, ponieważ oferował najmodniejszą męską odzież renomowanych zachodnich firm. Odwiedzały go zatem i chętnie się w nim ubierały elity mieszczańskie. Po wojnie kontynuowano tradycję odzieżową i najpierw działała tu „Moda Polska”, a później sklep „5-10-15”. Potem niestety ruszyła lawina problemów, które doprowadziły kamienicę do znanego nam od wielu lat katastrofalnego (pod względem estetycznym szczególnie) stanu. I tu historia pięknej niegdyś kamienicy stanęła w miejscu niby zaczarowana.

Sąsiaduje z nią kamienica zachowująca urok. Tu pod numerem 2 mieszkał i umarł, jak orzekł Marceli Motty, jeden z bardzo zasłużonych ludzi… Jan Konstanty Żupański. Dzisiaj mieści się tu znany i renomowany salon jubilerski rodu Kruków. Początki firmy przypadają na rok 1840, kiedy Leon Skrzetuski otworzył przy ul. Wodnej pierwszy warsztat produkujący m.in. biżuterię. Po śmierci Leona zakład przejął Władysław (W. Kruk), po nim syn Henryk, a potem jego syn Wojciech. Salon przy ulicy Paderewskiego otwarto w 1990 roku. Kamienica jest zadbana, od drugiej kondygnacji ma piękny głęboki bordowy odcień, na parterze duże wystawowe lustra otacza szary tynk. Poziomy podział fasady podkreślają gzymsy nad oknami wystawowymi oraz pomiędzy drugim i trzecim piętrem. To od zawsze jedna z najlepiej utrzymanych kamienic tej ulicy.

Obok wznosi się bardzo piękna kamienica w odcieniu zielonym, na parterze której mieści się bank. Drugą, trzecią i czwartą kondygnację zdobią motywy roślinne otaczające duże prostokątne okna okolone białym tynkiem. Florystyczne akcenty podkreślają poziomy i pionowy podział fasady zwieńczonej tympanonem nad pojedynczym oknem, po którego bokach znajdują się półłuki. Pomiędzy drugim i trzecim poziomem okien części mieszkalnej uwieczniono dwie niebieskie fontanny a między nimi paterę z kiściami winogron – kamienica w efekcie stanowi pochwałę witalności i życia.

Za nią jest ul. Murna, a po jej drugiej stronie jeszcze dwie kamienice, z których nas interesuje ta pod nr. 3/5, gdzie znajduje się Antykwariat Naukowy im. Jana Konstantego Żupańskiego. Na ścianie narożnikowej kamienicy znajduje się tablica przypominająca, że w domu przy ul. Murnej nr 4 urodził się Arkady Fiedler.

Wróćmy jednak do postaci Jana Konstantego Żupańskiego, z którą na ulicy Paderewskiego wiążą się aż dwie kamienice. Pochodził z rodziny greckiej, ojciec nazywał się Zupenos i przybył do Polski z Tesalii. W Poznaniu zajął się handlem winem. Jego syn uczęszczał do gimnazjum św. Marii Magdaleny, początkowo poświęcił się karierze prawniczej, potem ją zarzucił i wreszcie około roku 1839 zainteresował się pod wpływem doktora Karola Marcinkowskiego księgarstwem. Według Motty’ego, pierwszą małą księgarnię otworzył na rogu Starego Rynku i ul. Nowej, a potem przeniósł ją do nowo wybudowanego budynku pod numerem 2, gdzie na pierwszym piętrze umieszczono cerkiew dla gminy greckiej. Istniała ona do 1909 roku, gdy na miejscu domu z kaplicą wzniesiono nowy budynek.

Do najpoważniejszych przedsięwzięć wydawniczych Żupańskiego należało opublikowanie serii Pamiętniki z XVIII wieku, na którą złożyły się m.in. wspomnienia: Jana Kilińskiego, Jana Henryka Dąbrowskiego i Hugo Kołłątaja. Nakładem wydawnictwa Żupańskiego ukazały się także utwory np.: Antoniego Malczewskiego, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Joachima Lelewela, Teofila Lenartowicza czy Wincentego Pola. Księgarz często działał pro publico bono, nie czerpiąc korzyści ze sprzedaży wydrukowanych pozycji. Dbał jednak o swoich autorów, dobrze płacił np. Kraszewskiemu, a Lelewel nie chciał nic brać za swoje dzieła, wiedząc, jak kłopotliwe jest ich rozprowadzenie. Wspierał także w tajemnicy młodych zdolnych, dzięki jego mecenasowi Karol Libelt przebywał dłuższy czas w Szwajcarii. Jego zasługi dla polskiej kultury były bardzo duże, a poznaniacy bardzo go szanowali, czego dowodem był tłumny orszak żegnających go po śmierci 2 stycznia 1884 roku. Ci, którzy przybyli, by oddać mu po raz ostatni hołd, zajęli ul. Nową, a także przyległe i stali nawet na placu Wilhelmowskim (Wolności). Ten ogromny orszak przeszedł ul. Nową (Paderewskiego), wzdłuż placu, przez ówczesną Berlińską (dziś 27 grudnia), Młyńską (dziś Gwarna) i Św. Marcin pod Bramę Berlińską do greckiego cmentarza mieszczącego się niedaleko dworca przy dzisiejszej ul. Towarowej. Jarosław Maciejewski podkreślał, że pogrzeb księgarza stał się manifestacją narodową wyrażającą szacunek dla polskości i dbałości o polską kulturę. Antykwariat Naukowy godnie „niesie kaganek oświaty” wśród swoich wiernych klientów.

Spacerując dalej, mijamy kamienice, w których znajdują się wielkie wystawowe okna zachęcające do podziwiania zróżnicowanego asortymentu (Rosenthal, sklepy wewnątrz pasażu – wejście do niego wieńczy piękny ozdobny fronton, co podkreśla biały tynk odbijający od pomarańczowej farby pokrywającej ścianę górnych kondygnacji). 

Najciekawsze są jednak mury Bazaru. Na nich zamieszczono liczne tablice upamiętniające wybitnych synów naszej ojczyzny – brzmi patetycznie, ale oddaje zasługi ludzi takich, jak: Hipolit Cegielski (tuż przy bramie wjazdowej na podwórze zwieńczonej napisem BAZAR), Henryk Sienkiewicza czy Jan Paderewski. Hipolita Cegielskiego przedstawiono jako filozofa, pedagoga, publicystę i społecznika, który w Bazarze otworzył skład żelaza będący zapowiedzią późniejszych zakładów metalowych. Tablica poświęcona autorowi Trylogii przypomina o jego pierwszym pobycie w Poznaniu w dniach od 14 do 17 kwietnia 1880 roku i o czytaniu noweli Za chlebem podejmującej problem emigracji wynikającej z trudnych warunków materialnych. Jan Paderewski patronuje przypomnieniu o X rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Utrwalono też powstanie Zjednoczenia Bractw Strzeleckich Zachodnich Ziem Polskich w 1922 roku. W Bazarze gościło ponadto wielu nieupamiętnionych tablicami (a sporo by ich trzeba było) wybitnych Polaków, wśród nich wymienić można np.: (aktorki) Helenę Modrzejewską, Wandę Siemaszkową, (pisarki) Marię Rodziewiczównę, Kazimierę Iłłakowiczównę, (poetów) Adama Asnyka czy Władysława Syrokomlę.

Kiedy w lutym 1880 roku Helena Modrzejewska występowała na scenie  Teatru Polskiego, zachwycona publiczność dawała liczne wyrazy uwielbienia, odprowadzając ją do Bazaru. Młodzież wyprzęgała nawet konie z jej powozu, aby oddać jej hołd. Musiał być to niezwykły widok, gdy w ten sposób transportowano ją przez ulicę Paderewskiego. W trzy lata później z równym podziwem i oznakami sympatii spotkała się pisarka Jadwiga Łuszczewska, Deotyma, która w sali Bazaru czytała fragmenty swojej powieści, a na wznoszone potem ku jej czci toasty, odparła:

Schyliła się do kolan
Prześlicznych Wielkopolanek
I przezacnych Wielkopolan.

Tablice godnie prezentują się na białych murach Bazaru zbudowanego w latach 1838 – 1842 z inicjatywy dr. Karola Marcinkowskiego. Gmach powiększono w 1899 roku o skrzydło frontowe, budynek co prawda uległ pod koniec II wojny zniszczeniom, ale odbudowano go w 1949, a potem w latach 90. rozpoczęto remont trwający kilka lat, w 2005 roku zakończono na przykład odrestaurowywanie fasady, a wnętrza odnawiano do 2012 roku.

Naprzeciwko znajduje się monumentalny gmach Muzeum Narodowego, którego początki w tym miejscu datują się na początek XX wieku, a zdobiąca mury mozaika zawdzięcza swój kształt Zbigniewowi Bednarowiczowi, polskiemu plastykowi, malarzowi i witrażyście. Gdy miniemy boczną fasadę budynku, trafimy na urokliwą boczną uliczkę Ludgardy, przy której wznosi się pomnik 15 Pułku Ułanów Poznańskich. Powstał on w czasie Powstania Wielkopolskiego jako I Pułk Ułanów Wielkopolskich, uczestniczył w powstaniu, a potem w wojnie polsko-radzieckiej 1920 roku, w czasie II wojny światowej walczył w ramach Armii Poznań, a także pod Monte Casino. Odsłonięto go 22 października 1927 roku jako dzieło rzeźbiarza Mieczysława Lubelskiego i architekta Adama Ballenstaedta. 

Jak wspomina międzywojenny architekt Władysław Czarnecki, pomnik wywołał silne emocje poznaniaków, którzy tłumnie uczestniczyli w uroczystości: Pomnik należał do wyjątkowo udanych pod względem artystycznym i estetycznym. Rzeźba – ułan na wspiętym koniu przebijający lancą przewróconego łopatki smoka, na niewysokim cokole w kształcie kolumny o szerokiej kostkowej głowicy – miała doskonale uchwyconą skalę w stosunku do otoczenia. Całość robiła dobre wrażenie, była emocjonalne i podobała się. Rzeźba ma swój urok i dobrze prezentuje się na niewielkim placyku, w spokojnym zaułku, co pozwala spacerowiczom i turystom na przystanięcie i chwilę zadumy nad polską i poznańską burzliwą historią. Znajdujący się naprzeciwko siebie żołnierze (reprezentowani przez pomnik) i społecznicy (przypominani przez budowlę Bazaru i tablice pamiątkowe) pokazują, że patrioci służyli ukochanej ojczyźnie na różny sposób, realizując wezwanie Jana Kochanowskiego zawarte w Pieśni o dobrej sławie: a jako kto może, / Niech ku pożytku dobra spólnego pomoże. Organicznicy postępowali zgodnie ze słowami zwrotki:

Komu dowcipu równo z wymową dostaje,
Niech szczepi miedzy ludźmi dobre obyczaje;
Niechaj czyni porządek, rozterkom zabiega,
Praw ojczystych i pięknej swobody przestrzega;

żołnierzom bliskie były refleksje innej:

A ty, coć Bóg dał siłę i serce po temu,
Uderz się z poganinem, jako słusze cnemu;
Prostak to, który wojsko z wielkości szacuje:
Zwycięstwo liczby nie chce, męstwa potrzebuje.

Po zniszczeniu pomnika w 1939 roku trzeba było czterdziestu lat na uzyskanie zgody na rekonstrukcję, co udało się w 1982 roku. Nową wersję – kopię wzoru, wykonali rzeźbiarze Józef Murlewski i Benedykt Kasznia. 

Za placem z pomnikiem wznosi się, na miejscu klasztoru franciszkanów, rozebranego w pierwszych latach XX wieku, kamienica pod nr. 10. W latach 1910 – 1912, na rogu ulicy Paderewskiego i Sierocej, powstał budynek biurowo-administracyjny, reprezentacyjny, przeznaczony dla magistratu, wykonany z piaskowca, bogato zdobiony, z piękną fasadą i wnętrzem. Zaprojektował go Hermann Kloth z miejskiego Biura Technicznego, dostosowując do architektury kościoła franciszkanów, do zdobień wykorzystano też granity. Ozdobą najciekawszą i najbarwniejszą jest umieszczony na ścianie monumentalny zegar. Wykonała go firma Johanna Fryderyka Weule z Bockenen w Górach Harzu, a całość to dzieło firmy Otto Böttgeara z Poznania. Cyferblat zegara ma 2,7 m średnicy i ujęty jest między dwoma kolumnami z kapitelami. Dostęp do mechanizmu zegarmistrzowi ułatwia piaskowcowa galeryjka.

Kiedyś mieściła się w tym budynku kasa miejska, potem Bank Gdański, także siedziba Sanepidu, ale też dyskoteka i pub. Architektonicznie to interesująca budowla. Fasada wzdłuż ulicy przyciąga oczy ogromnymi oknami na całą ścianę o półokrągłych zwieńczeniach.

Ostatnim budynkiem, wzdłuż którego wędrujemy ponownie ku Staremu Rynkowi, jest wysoka kamienica z podcieniami oferująca spacerowiczom różne atrakcje. Mieści się pod numerem 70 i nazywano ją Kamienicą Rotowską. Jej właścicielem był bowiem Paweł Rot, który kupił teren od ojców franciszkanów w 1861 roku. Na początku XVIII wieku nabył ją kilkukrotny burmistrz Poznania Michał Czenpiński. Dzisiejszy kształt nadał budynkowi architekt Roger Sławski (autor m.in.: nowego skrzydła bazaru i budynku TPN) na początku XX wieku, a podcienia dodano po wojnie. 

Są tu różne sklepiki, np. z pysznymi wypiekami firmy Hanny Piskorskiej, salon manicure pedicure, fryzjerski, drzwi prowadzące do restauracji na piętrze, punkt poczty, a na narożniku stoliczki i plastikowe krzesła zachęcają do zatrzymania się, zakupienia  kebabu i spożycia go podczas obserwacji Starego Rynku.

Spacerując ulicą Paderewskiego, warto pamiętać, jak wielu niezwykłych ludzi pozostawiło na niej swój  ślad, dążąc do realizowania celów służących dobru naszego miasta. Niektóre z nich możemy podziwiać do dziś i z wielu korzystać. 

 

BIBLIOGRAFIA:

  1. Zygmunt Boras, Lech Trzeciakowski, W dawnym Poznaniu, Poznań 1969.
  2. Władysław Czarnecki, To był też mój Poznań, Poznań 1987.
  3. Kronika Miasta Poznania. W cieniu ratuszowej wieży. Poznań 2003.
  4. Marceli Motty, Przechadzki po mieście, t. II, Warszawa 1957.
  5. Poznań. Przewodnik po mieście, Poznań 1949.
    6. Wielkopolanie XIX wieku, red. Witold Jakóbczyk, Poznań 1966.

Autor:

Aneta Cierechowicz

Skip to content